Kogo najbardziej wkurzają „wózkowe matki” i „pampersy z niespodzianką”?

Minęło już trochę czasu od publikacji w "Wysokich Obcasach" felietonu o "Wózkowych – najgorszym gatunku matki" oraz "Pampersa z niespodzianką" w "Wyborczej". Kurz po bitwie już opadł, ale teksty nadal wzbudzają w czytających wiele emocji. Głównie negatywnych. Dlaczego?

O co właściwie chodzi?

Zarówno felieton o "wózkowych" jak i o "pampersach" wzburzył wśród czytelniczek falę emocjonalnych komentarzy. Czemu się dziwić, macierzyństwo niezależnie od życiowych, zawodowych, społecznych aspiracji kobiety jest poświęceniem i ciężko temu zaprzeczyć.

Dziecko natomiast, również w liczbie mnogiej to dar, który prędzej czy później nadaje naszemu życiu sens, nawet zupełnie nowy (jeśli posiadaliśmy już wcześniej swój własny wypróbowany "sens życia") ale zawsze jest to sens. Nasze życie się przewartościowuje, patrzymy na pewne sprawy inaczej, otwieramy się na nowe możliwości (lub się na nie zamykamy – wybór należy do nas).

Ciężko o tym dyskutować, jeśli po przeciwnych stronach znajdują się ludzie, którzy posiadają dzieci wraz z tymi, którzy ich nie posiadają. Jedna z tych stron nie ma szans zrozumienia argumentów tej drugiej, nigdy wcześniej ich nie doświadczywszy. Która? ……………………….. . Odpowiedź jest prosta.

Czy to grzech być "wózkową"?

Żyjemy w erze "nowoczesnego macierzyństwa". Nie przyznawaj się, że tego chcesz, a jeśli już chcesz to koniecznie napisz na ten temat bloga! W ciąży koniecznie bądź fit, żeby te "ciężarówki", które przytyły 20+ mogły Ci zazdrościć. Jako matka szybko wróć do pracy bo będziesz nierobem, a dziecko często sprzedawaj niani, lub dziadkom, żeby znajomi wiedzieli, że "wróciliście do gry". Ewentualnie, jeśli całkiem je lubisz, (również) napisz na ten temat bloga, a dziecka użyj jako ciekawe dopełnienie kompozycji do markowych gadżetów.

Oczywiście feminizm, nowoczesna kobiecość to dziś w pierwszej kolejności rezygnacja z przysłowiowego mycia podłóg, gotowania i rodzenia dzieci na rzecz aktualnie popularnej książki, chwytliwej pasji, głośnego powtarzania cytatów innych feministek etc. W rezultacie, w większości przypadków sprowadza się to do cyknięcia szybkiej fotki na Instagram, tak żeby wszyscy wiedzieli o nowym zajęciu, "pasji" … Wiele kobiet zapomina, że feminizm powinien bazować raczej na możliwości i prawie do wyboru, wyboru drogi zgodnej z własnymi przekonaniami, niż powielania zbioru typowych zachowań, które można by objąć jednym hasztagiem.

Niewiele kobiet przyznaje się, a te które przyznają się na internetowych forach są może zbyt waleczne, że ciąża i macierzyństwo to "specjalny" okres w ich życiu. I że zasady, według których go przeżyły nie miały nic wspólnego z ogólnie obowiązującą teraz modą. I co z tego? Na zdrowie! Każdy żyje dla siebie! Nie wstydźcie się tego, ponieważ w życiu człowieka jest miejsce na różne doświadczenia.

Dzieci to alibi. Pretekst, by nic nie robić.

Dzieci to dla nich zwykle alibi. Pretekst, by nic nie robić. Aby nie pracować i nie rozwijać się. Ich winy są najzupełniej oczywiste. Te nigdy niedomknięte furtki. Dzieciaki puszczone samopas, gdziekolwiek, a najlepiej na mój trawnik. To ich durne puszenie się świeżym macierzyństwem, które uczyniło z nich – przynajmniej we własnym mniemaniu – królowe balu. Patrzę więc, jak to idą i gdaczą, jak stroją fochy, uważając się za Bóg wie co. (…) Gdy domagają się dla siebie szczególnej tolerancji – a domagają się jej zawsze! – to wypychają na pierwszy plan dzieci. Że to dla tych bachorków. A któż odmówi dziecku? Okaże się tak nieczuły i paskudny? Ale dzieci to zwykle alibi. Pretekst, by nic nie robić. Aby nie pracować i nie rozwijać się (czy widzieliście kiedyś wózkową czytającą książkę?). Nawet ich rozmowy są o niczym. Magma słów bez znaczenia. Słowotoki – i tyle.

źródło: "Wózkowe – najgorszy gatunek matki" – Zbigniew Mikołejko; wysokieobcasy.pl

Czy widzieliście kiedyś "wózkową" czytającą książkę? Zapewne nie, bo jak tu czytać, kiedy dziecko może sobie rozbić głowę, spaść, lub podbiec pod huśtawkę, lub zrobić inne głupstwo, w końcu dziecko to nie dorosły… Nie wiem jak wy, ale my książki czytamy jak dzieci pójdą spać. Bo chyba żeby czytać potrzeba do tego spokoju i specjalnej atmosfery. No chyba, że czytamy na pokaz, na przykład dla pana Zbigniewa Mikołejko. W tej kwestii powstaje pytanie: czy obserwacja "wózkowych" podczas kilkugodzinnego spaceru to nie jest zbyt wąski wycinek matczynej rzeczywistości by tworzyć na jego bazie ocenę całej grupy matek nazwanych "wózkowymi"?

Kłopotliwe siku, niezręczna kupa …

Przy okazji przypomina mi się, jak niedawno na podwórku zobaczyłam matkę, która zdejmowała spodenki swemu kilkuletniemu synkowi. Obok piaskownica, a dzieciak leje na trawnik. Na ten sam, po którym maluchy turlają się od wiosny do jesieni, po którym łażą na czworakach, gdzie budują domki dla swoich lalek i garaże na plastikowe samochodziki. Pytam tę matkę, czy naprawdę jej dziecko musi tu sikać. Zresztą nie podeszli nawet pod drzewo, nie skryli się za krzaczkiem. Mały załatwia swoją potrzebę fizjologiczną tuż przy ścieżce, na oczach wszystkich. Chciał siku! – odpowiada oburzona. Wściekła, że w ogóle pytam o coś tak oczywistego jak potrzeba fizjologiczna. A nie mógł się wysikać tam, gdzie zwykle? – nie ustępuję. – Mam na myśli własną łazienkę – dorzucam – bo widzę, że matka nic a nic nie rozumie. Jej jedno spojrzenie mówi mi wszystko: a co, to już nie można wysikać się na trawnik?! Nie jestem aż tak rozzłoszczona na te matki jak profesor, ale gdy siedziałam w restauracji i zostałam zmuszona (tak, tak właśnie się poczułam) do oglądania pampersa z niespodzianką, przypomniał mi się jego felieton. Miał rację, gdy pisał, że "jeśli powie się cokolwiek krytycznego o kobietach i macierzyństwie, to nagle zaciskają się pięści, a jedwabne usteczka wypuszczają takie słowa, że niejeden facet spod budki z piwem by uciekł".

źródło: "Pampers z niespodzianką. To nie jest felieton przeciwko matkom" – Agnieszka Kublik; wyborcza.pl

Taszczycie ze sobą dzieci wszędzie?
Przeczytajcie kilka komentarzy internautów:

  • Pamiętam jak leciałem samolotem ze swoją 2,5 roczną córką. Życzę powodzenia każdemu ojcu, który w toalecie Ryanaira musi zmienić swojemu dziecku pieluchę. Było tak mało miejsca, że musiałem otworzyć drzwi toalety, wyjść na zewnątrz a córka w tym czasie stała w toalecie – ja walczyłem z rzepami przy pampersie.
  • Co ja robiłam w sytuacji, gdy nie było przewijaka? Na szczęście mam samochód kombi, więc odpowiednie podkładki i super przewijak samochodowy jak znalazł. Gorzej zimą – wtedy bardziej sprawdzałam po prostu czy przewijaki są tam gdzie idziemy.
    Na placu zabaw jak zachce się siusiu wychodzimy co najmniej poza teren placu, pod krzaczek, starając się minimalizować takie sytuacje. No uniknąć nie zawsze się udało. Ale równie alergicznie reaguję na cmokanie i przewracanie oczami czy też jawne komentarze na temat głośności moich dzieci w miejscach typowo dziecięcych, jak np. restauracja z kącikiem zabaw, seans bajkowy w kinie czy basen z brodzikiem dla maluchów. No nie ma nic głupszego niż babsko leżące w dziecięcym brodziku, pod samą minizjeżdżalnią dla dzieci marudzące, że głośno i że wciąż ktoś na nią wpada 🙂 A to przykład z życia wzięty. Tak więc oddajcie dzieciom co dziecięce a dorosłym co do nich należy i szanujmy się nawzajem.
  • Niestety mamy do czynienia z dwoma grupami terrorystycznymi – jedna: nigdzie publicznie dziecka, a już broń Boże żadnego dziecięcego odgłosu (tu zaliczam pana religioznawcę) i druga: dziecko panem świata (rodzice od niespodzianek w knajpach i sikania na placu zabaw). Obu nie lubię, bo obie bardzo utrudniają życie otoczeniu a to dla mnie największy społeczny grzech.

Dziecko – mały obywatel

Trudno się nie zgodzić. Z dziecka będzie kiedyś dorosły więc może na nas Rodzicach spoczywa obowiązek nauczenia ich podstawowych zasad kultury. Jeśli jest taka możliwość – pójdźmy do toalety, lub ustronne miejsce nawet jeśli sprawi nam to trudność. W końcu nikt dorosły nie zdejmuje na środku chodnika majtek i nie załatwia w ten sposób swoich potrzeb fizjologicznych…

Druga strona medalu: dziecko jest częścią społeczeństwa więc Rodzice mają prawo zabrać je do restauracji. Nawet jeśli dziecko płacze to naturalne, że w ten sposób zwraca na siebie uwagę i pewnie dlatego w wielu przypadkach Rodzice wybierają obojętność. Można dziecka nie zabierać nigdzie – zróbmy taki eksperyment i zobaczmy co z niego wyrośnie ;-).

Jeszcze daleko Polsce do Europy gdzie widok dziecka w restauracji i kawiarni nie dziwi i nie razi. Ba! Daleko nam do tej tolerancji, o którą tak się wykłócamy. W pierwszej lepszej restauracji w europie zachodniej dziecko dostanie kredki i malowankę na powitanie tak by mogło czymś się zająć, nie wspominając już o lepszym wyposażeniu lokali i specjalnych miejsc zabaw dla dzieci zaraz przy stoliku dla Rodziców.

Oczywiście rodzicielstwo powinno być objęte specjalnymi prawami, dlatego, że dzieci to przyszli podatnicy (czy ten argument do Was przemawia?). A zatem to, w jakich warunkach będą dorastać i w jaki sposób (i przez kogo) będą wychowywane decydować będzie o tym jakimi ludźmi będą w dorosłości.

Tolerancja podobno w modzie?

Powyższe felietony nie bawiły by aż tak bardzo, gdyby nie mówiło się tyle ostatnimi czasy o tolerancji. Potrzeba tolerancji dla związków homoseksualnych, różnych przekonań politycznych, religijnych (lub ich zupełnego braku). A gdzie tolerancja dla życia? Bo kilkuletnie dziecko sikające na trawnik, bo "dłużej nie wytrzyma", bo oczywiście "właśnie mu się zachciało" to właśnie samo życie i założę się, że i matki autorów powyższych felietonów stanęły kiedyś przed koniecznością wyboru: obsikanych ubrań w drodze do miasta, lub zdjęcia majtek na trawniku i pozwolenia dziecku na zrobienie siku.

Pytanie (w całej tej atmosferze TOLERANCJI) jest więc następujące: czy widok matki z sikającym na trawnik dzieckiem to powód do złości i napisania felietonu do "Wyborczej", czy może test naszej empatii? Wszystkie zachowania ludzkie i zdarzenia, które nie wpisują się w nasz system przekonań łatwo jest opatrzyć niepotrzebną ideologią (tu: ta matka robi tak zawsze, wszystkie matki są jak ta matka, która pozwoliła sikać dziecku na trawnik, macierzyństwo zmierza więc w złym kierunku – prawda, że proste?) O ile trudniejsze byłoby zatrzymanie się i zastopowanie swoich negatywnych osądów.

Idąc dalej, skoro mamy tolerować dyskusje (często) bezsensowne na tematy związane z kwestionowaniem płci u dziecka, propagowaniem związków partnerskich, kwestionowaniem wiary i religii (które jednak są kwestią wiary więc o co tu się kłócić?) to czemu by nie poszerzyć tej modnej tolerancji na wózkowe?

Może faktycznie dziecko nadaje ich życiu sens? Co z tego? Może faktycznie teraz mają okres wolny od pracy? Co z tego? Może autorzy tych i podobnych felietonów sami nie mają tych celów w swoim codziennym życiu skoro nie dość że "wózkowe" zauważyli to jeszcze zdążyły ich zdenerwować?

Nie ważne czy to "wózkowa", felietonistka, czy filozof – chamstwo nadal pozostaje chamstwem. A w naprawianiu rzeczywistości i świata zawsze najlepiej zacząć od siebie. Jak widać po powyższych felietonach sikające i sr…ce (za przeproszeniem) dzieci w miejscach publicznych oraz "roszczeniowe" matki bez zainteresowań to chyba nie jest największy problem naszego społeczeństwa.

A  niektóre kontrowersyjne (acz modne i poczytne) opinie i wypowiadających je ludzi może wystarczy potraktować obojętnością. Udajmy wszyscy, że ich nie widzimy! Może sobie pójdą?

red. tatawtarapatach