Po tamtej stronie brzucha, czyli o porodzie oczami dziecka.

Żeby lepiej zrozumieć doświadczenie narodzin, z którym przyjdzie zmierzyć się małemu człowiekowi, warto najpierw przyjrzeć się temu pierwszemu środowisku, od którego zaczyna się życiowa wędrówka każdego z nas. Jest wszak w tamtym świecie coś niezwykłego, coś co drażni swoją tajemnicą i niezwykłością. Być może tak jest dlatego, że z jakichś powodów natura nie wyraziła zgody, byśmy w świadomy sposób mogli powracać pamięcią do chwil, gdy beztrosko kołysaliśmy się w ciepłych brzuchach naszych mam? Nie pozostaje nam jednak nic, jak tylko zaufać, że brak owych wspomnień ma swoją głębszą logikę.

Przyglądając się temu, jak wygląda przyjście na świat każdego z nas, można zastanowić się, czy niepamięć tego zdarzenia, może w pewnym sensie chronić nas przed doświadczeniem nieskończonego chaosu, jakie musimy wówczas przeżyć? W pewnym sensie jest to przecież pierwsze, najbardziej dramatyczne oddzielenie od matki. A wszystkie kolejne wydarzenia, które temu towarzyszą, wydają się ową dramaturgię jedynie pogłębiać.

Wyobraźmy sobie, że nasze jedyne dotychczasowe doświadczenie, które jest dobrze znane i do którego przywykliśmy, to delikatne kołysanie się w cieple. Panuje przytulny półmrok, docierające dźwięki są lekko stłumione, towarzyszy nam rytmiczny i uspokajający dźwięk serca naszej matki. Co chyba jednak najważniejsze – nie doświadczamy żadnych frustracji! Nieustannie towarzyszy nam uczucie sytości, nie mamy żadnych niezaspokojonych potrzeb. I nagle oto nadchodzi moment, gdy z niezrozumiałych powodów przychodzi nam opuścić ten bezpieczny świat.

Niezależnie od tego, czy poród następuje siłami natury, czy poprzez cesarskie cięcie niemowlę i tak musi zderzyć się z niezwykle trudnym i wstrząsającym wydarzeniem. Wychodząc z otulającego, ciasnego łona napotyka zimną, wietrzną przestrzeń, tak przerażająco pozbawioną granic. Do oczu dociera rażące światło, i nieustająco zmieniający się widok. W jednej chwili wszystko zaczyna dziać się głośno, szybko, w ciągłym ruchu. Skóra, która dotąd nie znała zbyt wielu bodźców nagle napotyka na materiał, który choćby był najdelikatniejszy i tak w pierwszej chwili wyda się szorstki i bolesny. Dziecko musi podjąć tak wielkie wyzwanie, jakim jest własny oddech. Szokiem jest grawitacja, a za moment również uczucie głodu. Jak na jedną, tak krótką chwilę, tych nowości i wrażeń  wydaje się aż nadto. Zmiana, która przed chwilą dokonała się w życiu małej, zdezorientowanej istoty wprowadza takie zamieszanie, że najrozsądniej wówczas zapaść w wielogodzinny sen, albo rozedrzeć płuca w rozpaczliwym szlochu.

Wielkim pionierem nurtu nawołującego do uszanowania tychże właśnie zmian, a co za tym idzie tworzeniem warunków porodu takich, by minimalizować stres noworodka jest Frederick Leboyer, autor niezwykle wymownej pozycji pt. „Narodziny bez przemocy”.  Ten francuski ginekolog miał ogromny wpływ na popularyzację  technik porodu, które łagodziłyby  szok związany z przejściem z jednego, do drugiego świata. Namawiał do tego, by otoczenie, w jakim dziecko przychodzi na świat, było możliwie najbliższe temu, które opuszcza: przytłumione światło, zanurzenie w ciepłej wodzie, ściszone rozmowy. Mówił o potrzebie powrotu do bijącego serca matki, dlatego wskazywał na potrzebę kładzenia noworodka na piersi zaraz po narodzinach. Leboyer opisuje poród dość dramatycznie, nie szczędzi  mocnych porównań faktycznie nasuwających ten „przemocowy” obraz. Dzisiejsze położnictwo z całą pewnością podąża już w kierunku dobrych i łagodnych praktyk.

Autor ten wyznaje także przekonanie, że osoby wybierające pracę przy narodzinach dzieci (np. wybierające zawód położnej) mają w jakiś sposób nierozliczony moment własnego przychodzenia na świat – być może zbyt trudnego, zbyt bolesnego, czy samotnego. Jest przekonany, że ta chwila, gdzieś głęboko zapisuje się w każdym z nas i na swój sposób determinuje to kim jesteśmy.

Nie ma badań, które w jednoznaczny sposób wyjaśniałyby, czy przebieg porodu oraz doświadczenia naszego życia prenatalnego (np. wysoki poziom stresu matki) może mieć wpływ na nasze późniejsze losy, usposobienie, czy temperament.

Choć pewnie można by się zastanawiać: czy faktycznie tamten okres gdzieś nie pozostaje w nas zapisany? Czy to możliwe na przykład, żeby to pierwotne pragnienie miłości, której potrzebuje każdy z nas, pochodziło właśnie z tamtego okresu? Tak sycącego w swym zaspokajaniu? Lub, czy to, że całe późniejsze życie, kołysani stajemy się spokojniejsi, zasypiamy i czujemy się bezpieczniej? Być może nigdy nie będzie nam dane się tego dowiedzieć, ale też przezornie podarujmy naszym nowonarodzonym brzdącom wiele takich przeżyć, które na chwilę znów pozwolą powrócić im do świata z brzucha.

Magdalena Tymińska
psycholog

Literatura:

Sophie Boswell, Sarah Gustavus Jones –  „Zrozum swojego malucha”

Frederick Leboyer – „Narodziny bez przemocy”