Szkoła muzyczna – spełnienie dla dziecka, czy rodzica?

„Jaś to takie muzykalne dziecko. Śpiewa, tańczy, lubi chodzić na rytmikę. No i panie w przedszkolu bardzo go chwalą. A może… może wysłać go do szkoły muzycznej? Poradź coś Iwona, my nawet nie wiemy jak się za to zabrać”.

Tego typu pytania kierują do mnie znajomi, których dzieci mają około 5 lat i przejawiają rozmaite zdolności muzyczne. Z jednej strony, nie chcą zabierać dzieciństwa swemu przedszkolakowi, z drugiej jednak nieustannie słyszą o tym, że umiejętności artystyczne należy rozwijać od maleńkiego.

Gdzie leży prawda? I jak nie zwariować w świecie pełnym wyścigu szczurów ? Szkoła muzyczna to katorga czy miły obowiązek?

Polskie szkolnictwo muzyczne jest dość tradycjonalistyczne i hierarchiczne.  Do szkół I stopnia przyjmuje się kandydatów już od 6 roku życia. Egzaminy odbywają się zazwyczaj wiosną, komisja wybiera spośród tych najbardziej uzdolnionych. Sprawdzany jest słuch muzyczny, dziecko musi wyklaskać dany rytm czy zanucić melodię. Jednak egzaminy to dopiero początek. Zazwyczaj w pierwszym roku nauki okazuje się czy kandydat ma wystarczająco zdolności i samozaparcia, by kontynuować naukę. Już w szkole I stopnia dzieci, oprócz indywidualnych zajęć z gry na instrumencie i zajęć z akompaniatorem  uczą się podstaw teorii muzyki. Do tego dochodzą próby orkiestry lub chóru, zajęcia dodatkowe mające na celu np. przygotowanie koncertu czy repertuaru na konkurs.

Jak widać- nie jest to mało. Państwowa szkoła muzyczna to szkoła. Ze sprawdzianami, pracą domową i obowiązkiem ćwiczenia gry na instrumencie.

Dlatego osobiście uważam, iż decyzję o wysłaniu dziecka do tego typu placówki powinniśmy podejmować rozważnie i nie kierować się swoimi ambicjami. Zwłaszcza, gdy są niespełnione, a my nigdy nie chodziliśmy do szkół artystycznych i nie mamy świadomości  jaki nakład pracy musi włożyć maluch, by zagrać „Pojedziemy na łów”.  W szkołach artystycznych nie ma taryfy ulgowej. Albo pracujesz solidnie, albo giniesz w gąszczu przeciętności.

Plusy? Oczywiście, że są ! Z moich obserwacji wynika, iż osoby chodzące do szkół muzycznych od małego mają lepszą koordynację psychoruchową, szybciej się uczą, są kreatywne i pracowite. Szanują czas i znają jego wartość. Są obyte i taktowne, gdyż mają do czynienia z wieloma słynnymi profesorami, dyrygentami czy gośćmi z placówek kultury. Przyjaźnie, które zawiera się w szkołach mogą przetrwać długie lata. A co najważniejsze- jest to praktycznie jedyna szansa na zawodowe zajmowanie się muzyką w przyszłości. Owszem, istnieją wydziały w szkole II stopnia, na których można uczyć się bez wcześniejszego przygotowania. Jednakże nie zawsze zdaje to egzamin, a jest okupione trudem, kąśliwymi uwagami profesorów,  rozczarowaniami i w wielu przypadkach niemożnością przeskoczenia pewnego pułapu .

 Jeśli więc widzimy, że nasze dziecko przejawia  zdolności muzyczne, które zostały potwierdzone przez profesjonalistów powinniśmy spróbować. Ze szkoły zawsze można przecież zrezygnować. Obserwujmy dziecko, rozmawiajmy z jego profesorami, wspierajmy i pomagajmy. Cieszmy się najdrobniejszymi sukcesami i bijmy brawo na koncertach. Nie ma piękniejszego widoku nad ten, gdy bliska osoba  gra czy śpiewa dla nas. Doceńmy to !

 Gdy jednak chcemy  tylko zorganizować dziecku czas w miły sposób i nie jesteśmy pewni, czy polubi mozolne ćwiczenia , warto zastanowić się nad wyborem np. ogniska muzycznego, zajęć prywatnych czy takich prowadzonych w ośrodku kultury. Są mniej stresujące i absorbujące, a jeśli okaże się, że wychowaliśmy młodego Chopina nauczyciel wskaże nam dalszą drogę rozwoju bez uszczerbku na talencie dziecka. Poszukajmy solidnych prowadzących i spytajmy dziecko o zdanie.

O czym jeszcze należy pamiętać?

Zajęcia w szkole muzycznej odbywają się popołudniami, praktycznie codziennie. Warto zastanowić się, czy będziemy mogli dowozić naszą pociechę do szkoły i odbierać ją wieczorem. Dla rodzica to również poświęcenie. Czy przypilnujemy, by nie opuściło się w nauce ,a przy tym znalazło czas na ćwiczenie gry? Nie oszukujmy się. Małe dzieci trzeba mobilizować, by usiadły do instrumentu chociaż na 20 minut dziennie. Inaczej efektów nie będzie. Czy jesteśmy na to gotowi?

Nie chcę zniechęcać, choć może ten artykuł tak zabrzmiał. Namawiam do rozsądnego spojrzenia na sprawę. Widziałam  na muzycznych korytarzach zbyt dużo mam krzyczących z histerią na dzieci ledwo odrosłe od ziemi. Wszystko w imię ambicji. Tylko czyjej.

Iwona Sołtys

logopeda

sinus medical