Z poczekalni u doktora …

Piątkowe przedpołudnie …

Rzecz się dzieje w poczekalni jednej z przychodni rejonowych. Korytarz z napisem „dzieci chore”, a w nim gęsty tłum zgaszonych dorosłych i jeszcze bardziej zgaszonych dzieci. Niektóre z nich siedzą na kolanach swoich rodziców, część przewieszona została przez ramię, inne zaś drzemią wsparte o ukochane ramię mamy, lub taty. Cicho tu jak makiem zasiał, choć zdawać by się mogło, że to niemożliwe w miejscu, tak szczelnie wypełnionym dzieciarnią. Nie tym razem jednak. Większość tutejszych pacjentów czeka cierpliwie na swoją wizytę u doktora, zapłakanych, z opuchniętymi oczami, gilem do pasa i najpewniej wysoką temperaturą. Głuchą ciszę, od czasu do czasu, rozdziera tylko obolały szloch albo rwący kaszel, któregoś z maluchów.

Wnet otwierają się drzwi i z gabinetu wychodzi mama z synem. Chłopiec na oko ma pięć lat, wizerunkiem nie odbiega od średniej z poczekalni. Udręczony chorobą, zasmarkany i nieszczęśliwy – zaczyna płakać. W korytarzu rozlega się szept matki „czego jęczysz!”. Chłopiec wciąż popłakuje, na co kobieta „przestań jęczeć!”. A po chwili dodaje, tym razem już nie szeptem, „myślisz, że od tego jęczenia poczujesz się lepiej?! Ubieraj się i wychodzimy!”.

Może sobie zasłużył? 

Myślę sobie, że każdy z nas miewa gorsze dni. Bywa tak, że nie jesteśmy w stanie przyjąć na siebie już nic więcej, że limit się po prostu wyczerpuje. Wtedy, nawet jakbyśmy pragnęli, to nie umiemy powstrzymać już różnych reakcji. Może ten młodzieniec ściągał czapkę na dworze, choć wielokrotnie mama prosiła, by tego nie robił? Może mama też się źle dziś czuje? Może ma kłopoty w pracy, albo w małżeństwie? A może rano sąsiad zalał mieszkanie, albo mąż rozbił samochód? No przecież, coś musi tłumaczyć tę niecierpliwość!

Empatia 

Wydaje się, że każdy rodzic intuicyjnie pragnąłby wesprzeć swoje dziecko w chwili takiego dramatu. Większość dorosłych w poczekalni, z trwogą i współczuciem asystowała swoim dzieciom. Zachowanie wspomnianej mamy, tym bardziej więc rzucało się w oczy, by oto stać się następnie powodem rozważań siedzącego nieopodal psychologa.

Pomyśleć, że takie momenty decydować będą w przyszłości o samoocenie tego chłopca, jego poczuciu ważności i pewności siebie. Niezwykłe, że m.in. z takich właśnie chwil powstanie dalsza jego relacja z matką, od której to przecież zależeć będą wszystkie jego późniejsze związki. Zdumiewające też, jak rzadko uświadamiają to sobie zabiegani i zmęczeni rodzice.

Nikt nie twierdzi, że to łatwe 

W moich słowach nie chodzi o krytykę, ani potępienie, a o zrozumienie istoty sprawy. Dorosłym także należy się wyrozumiałość, bo bycie „dobrym” rodzicem, to jedno z największych wyzwań człowieka. Nie wyzbędziemy się w tej roli błędów, nie zawsze opanujemy własne zmęczenie, frustracje, kłopoty i gorsze samopoczucie. Ale wciąż jednak, to po naszej stronie spoczywać będzie cała odpowiedzialność. Dlatego też, jakkolwiek trywialnie to nie zabrzmi, starajmy się pamiętać, że najskuteczniejsze leczenie jest wówczas, gdy przepisany antybiotyk podany jest wraz z miłością, czułym utuleniem i współczuciem. Wtedy najgorsza nawet choroba mniej będzie boleć (o magicznej mocy rodzicielskich pocałunków piszę w artykule Matki czarodziejki).

Dbajmy o siebie 

Mama, która stała się inspiracją niniejszego artykułu, borykać się może aktualnie z jakimś życiowym zmartwieniem. W takich chwilach trudniej pohamować jest impulsy, wybuchy gniewu i nagłe reakcje. Gdyby zdołała jednak uświadomić sobie własne zachowanie, dając sobie szansę na cenny wgląd w całe zajście, mogłaby tym samym stworzyć okazję do wsparcia dla samej siebie. Niech będzie to dla nas nauką, że rodzice, których przytłaczać zaczyna codzienność muszą szczególnie o siebie dbać. Samych siebie powinni traktować z należytym szacunkiem, a szybko przekonają się, że szczęśliwe dzieci to te, które mają szczęśliwych rodziców.

Magdalena Tymińska
psycholog